![]() |
Tadeusz Chabrowski
Medytacja
Rano podczas rozmyślania, poczułem się jak szofer, który wjechał w latarnię nagle przemienioną w cherubina oślepiającego blaskiem oczy. Mój cherubin zaświecił jak atomowa bomba, myślałem, że jest Bogiem; dopiero kiedy z potłuczonego kolana zaczął mu się sączyć mrok delikatny jak chiński jedwab i ze skrzydeł oderwały się trzy siwe pióra, domyśliłem się, że nie jest wszechmocny, mogę go dotknąć swoimi uczuciami i ucałować jak katedralną relikwię. Nic podobnego nie przydarzyło mi się do tej pory, pewnie piorun łaski Bożej, uderzył w szpik mojej kości pacierzowej. * * * Czasami drażnię krzykiem swoją przeponę po to, żeby Bogu powiedzieć, że jest potrzebny jak Picasso, Monet i Dostojewski, i lepiej niech naszą wyobraźnię pozamiata i w głowach poustawia meble. Dzisiaj łatwiej jest wierzyć w nicość niż w wielki lament przestworzy. Nauki perypatetyczne nauczyły nas, że nawet z herezji można wycisnąć sok przypominający w smaku leśną jagodę. Zamiast proroków po ulicach snują się poeci bez wielkich uczuć w sercu, z mętną mgłą myśli w głowie; po klasztorach mnisi torturują chore namiętności w swoich ciałach i wyrzucają je przez okno jak zepsutą jarzynę. Teraz łyżką od herbaty łatwiej przelać morze do małego dołka, niż należycie zadbać o własną duszę; tyle jej w ptaku lub w aniele na niebie, co kropel deszczu na księżycu; gaśnie jak niedopałek rozdeptany na ulicy. STRONA GŁÓWNA |